-A co? A tak. Jestem po prostu niezdarna-rzekłam.
Jednak po chwili znów wylądowałam na podłodze. Wzięłam ten kamień w pyszczek i położyłam na półkę.
-Czujesz się może lepiej? Jeśli tak to może opowiesz dlaczego nie uciekałeś i pozwoliłeś tak strasznie sponiewierać się temu stworowi co cię zaatakował? A tak w ogóle to kim ty jesteś?-spytałam.
Gapił się na mnie. Możliwe że coś podejrzewał, chociaż nie. Nie mogło być. Klacz zapaliła światełka wokół, gdyż zaczęło już zmierzchać. Zasłoniłam wejście do groty, by odciąć się od chłodu nocy. Siadłam nieopodal wilka.
-A więc?
Basior spojrzał na mnie lekko zdezorientowany. Była noc, a on był poważnie ranny. "Pozostanie tu przez jakiś czas. To jest pewne"pomyślałam.
-Przepraszam. Za dużo pytań. Tak najpierw chyba powinnam ci się przedstawić. Mam na imię Raven. Jestem tutejszym medykiem. Pomagam takim rannym i sponiewieranym wilkom jak ty. A że nie było miejsca w jaskini chorych, ponieważ badamy te tereny i rośliny, to przeniosłam cię do mojej prywatnej kwatery. Znajduje się na skarpie więc lepiej uważaj. Wiedzie tu wąska ścieżka wzdłuż zbocza by każdy kto nie ma skrzydeł mógł również znaleźć tu pomoc. A teraz twoja kolej. Na początek powiedz mi jak masz na imię i skąd pochodzisz?
<Powerless?>
sobota, 7 marca 2015
Od Samuela do....
Półprzytomnym wzrokiem rozejrzałem się wokół siebie. Niewiele mi to dało, biorąc pod uwagę fakt, iż moje oczy nie mogły przyzwyczaić się do otaczającego mnie mroku. Powietrze wypełniał ostry zapach miedzi, a ziemia wręcz lepiła się od gęstej cieczy.
Starając się zlokalizować swoje położenie niepewnie ruszyłem przed siebie. Mimo wielu starań, nie natrafiłem na nic znajomego. Jakby tego było mało, nie słyszałem szumu drzew, odgłosów jakichkolwiek stworzeń... nawet własnego oddechu. Przemieszczałem się nadzwyczaj cicho i bezszelestnie, jakbym unosił się nad powierzchnią. Ale przecież to niemożliwe! Musi być jakieś racjonalne wyjaśnienie...
Przyśpieszyłem w celu narobienia, choć najmniejszego hałasu. Jak się niestety spodziewałem nic z tego nie wyszło. Nie mogąc już wytrzymać przenikliwej ciszy usiłowałem wrzasnąć, jednak coś mi to uniemożliwiało. Nie byłem w stanie wydać jakiegokolwiek dźwięku. Za każdym razem gdy otwierałem pysk, miałem nieprzyjemne wrażenie, że ktoś chwyta mnie za szyję i ściska na tyle mocno, że z trudem zachowywałem przytomność. Powoli zacząłem panikować. Nie dość, że nie miałem bladego pojęcia gdzie się znajduję, to jeszcze ktoś usiłował mnie udusić...
Bez zastanowienia zacząłem biec w wybranym przez siebie kierunku, mając złudną nadzieję, że w ten sposób uda mi się wydostać z tej mrocznej otchłani. Gdy rozpędziłem się wystarczająco, zostałem brutalnie zatrzymany przez coś twardego i szorstkiego. Ignorując ból głowy i pyska spowodowany mocnym uderzeniem, podniosłem się i zbliżyłem do sprawcy moich cierpień. Łapą natknąłem się na korę potężnego pnia drzewa. Uradowany znaleziskiem przywarłem do niego czołem w celu chwilowego odpoczynku i poukładania sobie bieżących wydarzeń. Gdy to uczyniłem drzewo ot tak zniknęło, pozostawiając mnie samego w ciemności.
Zaczęło mi się kręcić w głowie, przez co z trudem utrzymywałem równowagę. Dziwne rozmazane światełka wirowały przed mymi oczami, tym samym doprowadzając do szaleństwa. Bliski załamania, mocno zaciskając powieki, osunąłem się na ziemię...
Gdy ponownie otworzyłem oczy, wszystko wróciło do normy. Leżałem na wilgotnej trawie wewnątrz gęstego lasu. Znów słyszałem szum drzew, szelest spowodowany gwałtownymi ruchami istot czyhających w krzakach i... ciężkie bicie swojego serca.
Nie zwlekając już ani chwili dłużej, wstałem porządnie się otrzepując. Całą sierść miałem posklejaną i lepką od ciemnoczerwonej cieczy... Krew?
Zszokowany, dokładnie zmierzyłem wzrokiem każdą część ciała, wyszukując dotkliwego zranienia. Bezskutecznie, co nie do końca mnie ucieszyło. Skoro to nie jest moja krew... to czyja?
Rozglądnąłem się wokół w celu odnalezienia jakiegoś martwego stworzenia. Niczego nie znalazłem, co jeszcze bardziej mnie zmartwiło.
Oszołomiony, postanowiłem opuścić to miejsce i powrócić do mijanej wcześniej polany. Może tam przypomnę sobie, co działo się przez ostatnie kilka godzin...? Choć najpierw zdałoby się obmyć z tego paskudztwa...
- Gabrielu... - zawołał kojący głos.
Zatrzymałem się w pół kroku i obejrzałem za siebie. Między drzewami zobaczyłem zarys mrocznej sylwetki wilka. Zbliżyłem się do wadery, wciąż zachowując bezpieczną odległość.
- Musiałaś mnie z kimś pomylić. - warknąłem nie mogąc rozpoznać przybyszki. - Moje imię brzmi...
- Wiem jak masz na imię. - wtrąciła cicho chichocząc.
Marszcząc brwi, podszedłem o jeszcze kilka kroków.
Kim ona jest?! Jej głos wydaje się taki znajomy, jednak nie potrafię...
- Sawyer, nieprawdaż? - wyrwał mnie głos z zamyślenia. - Syn Melody i Black'a. - dodała w zadumie. - Uroczo razem wyglądali.
- Skąd to wszystko wiesz? - burknąłem, na co odpowiedziała mi szyderczym śmiechem.
Z każdą chwilą wypełniało mnie coś w rodzaju zwiększonej irytacji. Sama obecność przybyszki doprowadzała mnie do stanu, którego nie potrafiłem opisać. Wzrastały we mnie negatywne emocje, które potęgując się w całość stawały się niczym bomba, mogąca w każdej chwili wybuchnąć.
- To przykre, wiesz? - mruknęła z nutą urażenia. - Byłam z tobą przez te wszystkie lata, a ty nawet nie masz pojęcia o moim istnieniu.
- Chyba nie do końca rozumiem do czego zmierzasz. - odparłem, usiłując wyszukać ją wśród ciemności, w które tak nagle się wtopiła. - Kim jesteś i czego ode mnie chcesz? - wysyczałem przez zaciśnięte zęby.
- Powiedzmy, że jestem twoim... "aniołem stróżem". - wyszeptała mi do ucha, na co lekko się wzdrygnąłem.
Odsunąłem się od wadery, w celu dokładnego zmierzenia jej wzrokiem.
Od razu mogłem stwierdzić, że widzę ją pierwszy raz w życiu. Siedziała nieopodal, nieustannie świdrując mnie swymi pustymi, błękitnymi ślepiami. Jej białe futro, mimo iż wszędzie wokół było mnóstwo błota, pozostawało bez żadnej skazy.
- Przestań mi się tak przyglądać, bo jeszcze poczuję się niezręcznie. - uśmiechnęła się niewinnie, po czym podnosząc się, z nieskazitelną gracją ruszyła w moim kierunku.
- Urocze. - prychnąłem, starając się nie zwracać uwagi na nienaturalną bliskość nieznajomej. - A więc...?
- Angie. - odparła, okrążając mnie.
- ...Angie. Co ty tu robisz?
- Otóż jestem tu po to, by spełnić twoje życzenie. - zachichotała, "przypadkiem" smagając mnie ogonem po pysku.
Był on na tyle puchaty, że z trudem powstrzymałem się od kichnięcia.
- Jakoś nie wyglądasz mi na złotą rybkę. - burknąłem z grymasem na pysku.
Wadera zachichotała cicho, po czym zaprzestając ciągłemu okrążaniu mnie, usiadła naprzeciwko.
- Głuptasie, mówiłam ci już, że jestem twoim...
- Anioły nie istnieją. - przerwałem jej.
- Jeszcze niedawno byłeś innego zdania.
- Co?
- Modliłeś się, by twoja siostrzyczka wróciła do świata żywych, nieprawdaż? Błagałeś o...
- Stul pysk! - warknąłem, z trudem panując nad własnymi emocjami.
- Ciśnienie ci skoczy. - zaśmiała się. - Tak więc jak już mówiłam, twoje prośby zostały wysłuchane. Odzyskasz swoją kochaną rodzinkę i chęć do życia. Co ty na to?
Kilka dni temu zapewne bez najmniejszego wahania bym się na to zgodził, ale teraz? Nie chciałem tego. A bynajmniej nie od niej... Nie wiedziałem dlaczego, ale jakaś część mnie podpowiadała mi, że to najzwyklejsze kłamstwo, dzięki któremu owa wadera bez problemu owinie mnie sobie wokół palca...- Wybacz, ale jestem zmuszony odmówić. - mruknąłem, jednak nim zdołałem się podnieść i ruszyć w swoją stronę, wadera szepcząc coś pod nosem przyłożyła mi łapę do czoła, tym samym sprawiając mi niemiłosierny ból.
Jej oczy stały się krwistoczerwone, a futro czarne niczym smoła.
- Później się rozliczymy. - zaśmiała się szyderczo, po czym...
Obudziło mnie głośne krakanie. Leniwie uniosłem powieki i chcąc przewrócić się na drugi bok wylądowałem na pozostałościach białego puchu. Jęcząc i wijąc się na lodowatej ziemi, wzniosłem wzrok ku drzewu z którego właśnie spadłem. Gdy ponownie spojrzałem przed siebie, moim oczom ukazał się właściciel irytujących odgłosów. Ptak stał niedaleko mojego pyska i wpatrywał się we mnie otępiałym wzrokiem.- Przeklęte ptaszysko! Przez ciebie przez tydzień nie będę mógł chodzić! - warknąłem podnosząc się gwałtownie i usiłując "pacnąć'' sprawcę moich cierpień, czego szybko pożałowałem, bowiem obrażenia, jakie zadał mi morderca Lucy, ponownie przypomniały mi o swej obecności.
Z grymasem na pysku, spojrzałem na rozorany bok. Głębokie cięcia rozchodziły się wzdłuż żeber, co jakiś czas zbaczając z kursu i zmierzając w stronę kręgosłupa. Mimo, iż z ran przestała sączyć się krew, moje ciało wciąż przeszywał niemiłosierny ból. Tak intensywny, jakby ponownie rozszarpywały je dziesiątki, ostrych jak brzytwa kłów i pazurów...
Powoli zacząłem żałować, że się obudziłem. Miałem cichą nadzieję, że jest to kolejny chory sen, w którym straciłem ostatnią bliską mi osobę...
Po raz kolejny łzy napłynęły mi do oczu, więc starając się już więcej o tym nie myśleć ze spuszczoną głową ruszyłem przed siebie, co było kolejnym błędem. Dlaczego? Bo zaledwie po kilku krokach, jak na złość musiałem w coś wleźć, poprawka "w kogoś" wleźć.
- Jasna chole*a! Uważaj jak... - uniosłem wzrok.
Moim oczom ukazała się nieznajoma wadera.
- Kim jesteś? - spytała podejrzliwie.
- Istotą żywą, bynajmniej jak na razie. - burknąłem, kątem oka zerkając na rozcięty bok.
- Może konkretniej? - domagała się.
- Wolałbym nie.
- Jak masz na imię? Co tu robisz?
- Jeśli dobrze mi się zdaje, moje imię nie jest ci potrzebne do szczęścia. Co tu robię? Hm...Wpadam na natrętnych przechodniów. - uśmiechnąłem się złośliwie i kuśtykając wyminąłem nieznajomą.
Ku mojemu zdziwieniu, wyprzedziła mnie tym samym zagradzając mi drogę. Uważnie zmierzyła mnie wzrokiem.
- Słuchaj no, paniusiu. Nie wiem czego ode mnie chcesz, ale jak widzisz nie do końca jestem w nastroju na zabawy z tobą, więc pozwól że się oddalę. - usiłowałem ponownie ją wyminąć, jednak gdy tylko mi się to udało, zakręciło mi się w głowie i niemal osunąłem się na ziemię.
- Klękasz przede mną? - uniosła jedną brew w wyrazie zdziwienia.
- Jasne, bo przecież nie mam nic lepszego do roboty od klękania przed małolatami. - rzuciłem ironicznie, ignorując ból głowy.
- Nazwałeś mnie ''małolatą''? - obruszyła się. - Nie sądzę byś był ode mnie starszy. Ile więc masz lat cwaniaku?
- To złociutka nie jest pytanie jak na pierwszą randkę. - uśmiechnąłem się bezczelnie.
Wilczyca spiorunowała mnie wzrokiem. Byłem prawie pewny, że jeśli usłyszy jeszcze jeden tekst w tym stylu, źle się to dla mnie skończy... A może właśnie na tym mi zależało? Czy jeśli ją rozwścieczę, byłaby zdolna do tego, by skrócić mój marny żywot?
Jakby się nad tym porządnie zastanowić, nawet jeśli mi się to nie uda, pozostaje jeszcze powolne wykrwawianie się gdzieś z dala od wszelkich istnień...
- Czy przypadkiem nie miałeś się oddalić? - warknęła.
- Owszem, więc czy raczyłabyś się wreszcie odsunąć?
Starając się zlokalizować swoje położenie niepewnie ruszyłem przed siebie. Mimo wielu starań, nie natrafiłem na nic znajomego. Jakby tego było mało, nie słyszałem szumu drzew, odgłosów jakichkolwiek stworzeń... nawet własnego oddechu. Przemieszczałem się nadzwyczaj cicho i bezszelestnie, jakbym unosił się nad powierzchnią. Ale przecież to niemożliwe! Musi być jakieś racjonalne wyjaśnienie...
Przyśpieszyłem w celu narobienia, choć najmniejszego hałasu. Jak się niestety spodziewałem nic z tego nie wyszło. Nie mogąc już wytrzymać przenikliwej ciszy usiłowałem wrzasnąć, jednak coś mi to uniemożliwiało. Nie byłem w stanie wydać jakiegokolwiek dźwięku. Za każdym razem gdy otwierałem pysk, miałem nieprzyjemne wrażenie, że ktoś chwyta mnie za szyję i ściska na tyle mocno, że z trudem zachowywałem przytomność. Powoli zacząłem panikować. Nie dość, że nie miałem bladego pojęcia gdzie się znajduję, to jeszcze ktoś usiłował mnie udusić...
Bez zastanowienia zacząłem biec w wybranym przez siebie kierunku, mając złudną nadzieję, że w ten sposób uda mi się wydostać z tej mrocznej otchłani. Gdy rozpędziłem się wystarczająco, zostałem brutalnie zatrzymany przez coś twardego i szorstkiego. Ignorując ból głowy i pyska spowodowany mocnym uderzeniem, podniosłem się i zbliżyłem do sprawcy moich cierpień. Łapą natknąłem się na korę potężnego pnia drzewa. Uradowany znaleziskiem przywarłem do niego czołem w celu chwilowego odpoczynku i poukładania sobie bieżących wydarzeń. Gdy to uczyniłem drzewo ot tak zniknęło, pozostawiając mnie samego w ciemności.
Zaczęło mi się kręcić w głowie, przez co z trudem utrzymywałem równowagę. Dziwne rozmazane światełka wirowały przed mymi oczami, tym samym doprowadzając do szaleństwa. Bliski załamania, mocno zaciskając powieki, osunąłem się na ziemię...
Gdy ponownie otworzyłem oczy, wszystko wróciło do normy. Leżałem na wilgotnej trawie wewnątrz gęstego lasu. Znów słyszałem szum drzew, szelest spowodowany gwałtownymi ruchami istot czyhających w krzakach i... ciężkie bicie swojego serca.
Nie zwlekając już ani chwili dłużej, wstałem porządnie się otrzepując. Całą sierść miałem posklejaną i lepką od ciemnoczerwonej cieczy... Krew?
Zszokowany, dokładnie zmierzyłem wzrokiem każdą część ciała, wyszukując dotkliwego zranienia. Bezskutecznie, co nie do końca mnie ucieszyło. Skoro to nie jest moja krew... to czyja?
Rozglądnąłem się wokół w celu odnalezienia jakiegoś martwego stworzenia. Niczego nie znalazłem, co jeszcze bardziej mnie zmartwiło.
Oszołomiony, postanowiłem opuścić to miejsce i powrócić do mijanej wcześniej polany. Może tam przypomnę sobie, co działo się przez ostatnie kilka godzin...? Choć najpierw zdałoby się obmyć z tego paskudztwa...
- Gabrielu... - zawołał kojący głos.
Zatrzymałem się w pół kroku i obejrzałem za siebie. Między drzewami zobaczyłem zarys mrocznej sylwetki wilka. Zbliżyłem się do wadery, wciąż zachowując bezpieczną odległość.
- Musiałaś mnie z kimś pomylić. - warknąłem nie mogąc rozpoznać przybyszki. - Moje imię brzmi...
- Wiem jak masz na imię. - wtrąciła cicho chichocząc.
Marszcząc brwi, podszedłem o jeszcze kilka kroków.
Kim ona jest?! Jej głos wydaje się taki znajomy, jednak nie potrafię...
- Sawyer, nieprawdaż? - wyrwał mnie głos z zamyślenia. - Syn Melody i Black'a. - dodała w zadumie. - Uroczo razem wyglądali.
- Skąd to wszystko wiesz? - burknąłem, na co odpowiedziała mi szyderczym śmiechem.
Z każdą chwilą wypełniało mnie coś w rodzaju zwiększonej irytacji. Sama obecność przybyszki doprowadzała mnie do stanu, którego nie potrafiłem opisać. Wzrastały we mnie negatywne emocje, które potęgując się w całość stawały się niczym bomba, mogąca w każdej chwili wybuchnąć.
- To przykre, wiesz? - mruknęła z nutą urażenia. - Byłam z tobą przez te wszystkie lata, a ty nawet nie masz pojęcia o moim istnieniu.
- Chyba nie do końca rozumiem do czego zmierzasz. - odparłem, usiłując wyszukać ją wśród ciemności, w które tak nagle się wtopiła. - Kim jesteś i czego ode mnie chcesz? - wysyczałem przez zaciśnięte zęby.
- Powiedzmy, że jestem twoim... "aniołem stróżem". - wyszeptała mi do ucha, na co lekko się wzdrygnąłem.
Odsunąłem się od wadery, w celu dokładnego zmierzenia jej wzrokiem.
Od razu mogłem stwierdzić, że widzę ją pierwszy raz w życiu. Siedziała nieopodal, nieustannie świdrując mnie swymi pustymi, błękitnymi ślepiami. Jej białe futro, mimo iż wszędzie wokół było mnóstwo błota, pozostawało bez żadnej skazy.
- Przestań mi się tak przyglądać, bo jeszcze poczuję się niezręcznie. - uśmiechnęła się niewinnie, po czym podnosząc się, z nieskazitelną gracją ruszyła w moim kierunku.
- Urocze. - prychnąłem, starając się nie zwracać uwagi na nienaturalną bliskość nieznajomej. - A więc...?
- Angie. - odparła, okrążając mnie.
- ...Angie. Co ty tu robisz?
- Otóż jestem tu po to, by spełnić twoje życzenie. - zachichotała, "przypadkiem" smagając mnie ogonem po pysku.
Był on na tyle puchaty, że z trudem powstrzymałem się od kichnięcia.
- Jakoś nie wyglądasz mi na złotą rybkę. - burknąłem z grymasem na pysku.
Wadera zachichotała cicho, po czym zaprzestając ciągłemu okrążaniu mnie, usiadła naprzeciwko.
- Głuptasie, mówiłam ci już, że jestem twoim...
- Anioły nie istnieją. - przerwałem jej.
- Jeszcze niedawno byłeś innego zdania.
- Co?
- Modliłeś się, by twoja siostrzyczka wróciła do świata żywych, nieprawdaż? Błagałeś o...
- Stul pysk! - warknąłem, z trudem panując nad własnymi emocjami.
- Ciśnienie ci skoczy. - zaśmiała się. - Tak więc jak już mówiłam, twoje prośby zostały wysłuchane. Odzyskasz swoją kochaną rodzinkę i chęć do życia. Co ty na to?
Kilka dni temu zapewne bez najmniejszego wahania bym się na to zgodził, ale teraz? Nie chciałem tego. A bynajmniej nie od niej... Nie wiedziałem dlaczego, ale jakaś część mnie podpowiadała mi, że to najzwyklejsze kłamstwo, dzięki któremu owa wadera bez problemu owinie mnie sobie wokół palca...- Wybacz, ale jestem zmuszony odmówić. - mruknąłem, jednak nim zdołałem się podnieść i ruszyć w swoją stronę, wadera szepcząc coś pod nosem przyłożyła mi łapę do czoła, tym samym sprawiając mi niemiłosierny ból.
Jej oczy stały się krwistoczerwone, a futro czarne niczym smoła.
- Później się rozliczymy. - zaśmiała się szyderczo, po czym...
Obudziło mnie głośne krakanie. Leniwie uniosłem powieki i chcąc przewrócić się na drugi bok wylądowałem na pozostałościach białego puchu. Jęcząc i wijąc się na lodowatej ziemi, wzniosłem wzrok ku drzewu z którego właśnie spadłem. Gdy ponownie spojrzałem przed siebie, moim oczom ukazał się właściciel irytujących odgłosów. Ptak stał niedaleko mojego pyska i wpatrywał się we mnie otępiałym wzrokiem.- Przeklęte ptaszysko! Przez ciebie przez tydzień nie będę mógł chodzić! - warknąłem podnosząc się gwałtownie i usiłując "pacnąć'' sprawcę moich cierpień, czego szybko pożałowałem, bowiem obrażenia, jakie zadał mi morderca Lucy, ponownie przypomniały mi o swej obecności.
Z grymasem na pysku, spojrzałem na rozorany bok. Głębokie cięcia rozchodziły się wzdłuż żeber, co jakiś czas zbaczając z kursu i zmierzając w stronę kręgosłupa. Mimo, iż z ran przestała sączyć się krew, moje ciało wciąż przeszywał niemiłosierny ból. Tak intensywny, jakby ponownie rozszarpywały je dziesiątki, ostrych jak brzytwa kłów i pazurów...
Powoli zacząłem żałować, że się obudziłem. Miałem cichą nadzieję, że jest to kolejny chory sen, w którym straciłem ostatnią bliską mi osobę...
Po raz kolejny łzy napłynęły mi do oczu, więc starając się już więcej o tym nie myśleć ze spuszczoną głową ruszyłem przed siebie, co było kolejnym błędem. Dlaczego? Bo zaledwie po kilku krokach, jak na złość musiałem w coś wleźć, poprawka "w kogoś" wleźć.
- Jasna chole*a! Uważaj jak... - uniosłem wzrok.
Moim oczom ukazała się nieznajoma wadera.
- Kim jesteś? - spytała podejrzliwie.
- Istotą żywą, bynajmniej jak na razie. - burknąłem, kątem oka zerkając na rozcięty bok.
- Może konkretniej? - domagała się.
- Wolałbym nie.
- Jak masz na imię? Co tu robisz?
- Jeśli dobrze mi się zdaje, moje imię nie jest ci potrzebne do szczęścia. Co tu robię? Hm...Wpadam na natrętnych przechodniów. - uśmiechnąłem się złośliwie i kuśtykając wyminąłem nieznajomą.
Ku mojemu zdziwieniu, wyprzedziła mnie tym samym zagradzając mi drogę. Uważnie zmierzyła mnie wzrokiem.
- Słuchaj no, paniusiu. Nie wiem czego ode mnie chcesz, ale jak widzisz nie do końca jestem w nastroju na zabawy z tobą, więc pozwól że się oddalę. - usiłowałem ponownie ją wyminąć, jednak gdy tylko mi się to udało, zakręciło mi się w głowie i niemal osunąłem się na ziemię.
- Klękasz przede mną? - uniosła jedną brew w wyrazie zdziwienia.
- Jasne, bo przecież nie mam nic lepszego do roboty od klękania przed małolatami. - rzuciłem ironicznie, ignorując ból głowy.
- Nazwałeś mnie ''małolatą''? - obruszyła się. - Nie sądzę byś był ode mnie starszy. Ile więc masz lat cwaniaku?
- To złociutka nie jest pytanie jak na pierwszą randkę. - uśmiechnąłem się bezczelnie.
Wilczyca spiorunowała mnie wzrokiem. Byłem prawie pewny, że jeśli usłyszy jeszcze jeden tekst w tym stylu, źle się to dla mnie skończy... A może właśnie na tym mi zależało? Czy jeśli ją rozwścieczę, byłaby zdolna do tego, by skrócić mój marny żywot?
Jakby się nad tym porządnie zastanowić, nawet jeśli mi się to nie uda, pozostaje jeszcze powolne wykrwawianie się gdzieś z dala od wszelkich istnień...
- Czy przypadkiem nie miałeś się oddalić? - warknęła.
- Owszem, więc czy raczyłabyś się wreszcie odsunąć?
czwartek, 5 marca 2015
Od Powerlessa cd. historii do Raven
Spojrzałem z ukosa na waderę.
-Zatruta? - zapytałem
-Mówię że NIE jest zatruta - powiedziała - a teraz pij
Wykonałem posłusznie polecenie. Po chwili miska była pusta. Wadera ją zabrała i odstawiła na miejsce.
-Pójdę po coś do jedzenia, a ty odpoczywaj - powiedziała i wyszła
Nie minęło 15 minut a wróciła. Wciągnęła że sobą martwego jelenia. Głód zwyciężył i z ogromnym bólem wstałem. Zachowałem się lekko, a kiedy odzyskałem równowagę podszedłem do jelenia i zacząłem jeść. Wadera usiadła obok mnie. Po chwili jednak poszła na drugi koniec jaskini i potknęła się o ten sam kamień co wcześniej.
-Wszystko w porządku?
-Zatruta? - zapytałem
-Mówię że NIE jest zatruta - powiedziała - a teraz pij
Wykonałem posłusznie polecenie. Po chwili miska była pusta. Wadera ją zabrała i odstawiła na miejsce.
-Pójdę po coś do jedzenia, a ty odpoczywaj - powiedziała i wyszła
Nie minęło 15 minut a wróciła. Wciągnęła że sobą martwego jelenia. Głód zwyciężył i z ogromnym bólem wstałem. Zachowałem się lekko, a kiedy odzyskałem równowagę podszedłem do jelenia i zacząłem jeść. Wadera usiadła obok mnie. Po chwili jednak poszła na drugi koniec jaskini i potknęła się o ten sam kamień co wcześniej.
-Wszystko w porządku?
Od Sangre do ...
Pamiętam, jak bezsilna leżałam na śniegu. Mały, rubinowy punkcik, pulsujący ostatkiem życia, marznący, otoczony przez wilki. Zatapiały we mnie swe kły, szarpały moje futro, wgniatały mnie w śnieg, czerwony od mojej krwi. Osłaniały mnie przed najmniejszą cząstką ciepła, jakie dawało mi słońce. lód połyskiwał na ich kryzach, tak obfitych i majestatycznych.
Oddechy drapieżników przybierały zmatowiałe kształty, które natychmiast zawisały w mroźnym powietrzu. Zapach ich sierści, piżmowy i ziemisty, przywodził mi na myśl mokrego psa i woń palonych liści; był zarazem przyjemny i przerażający.
Z każdą chwilą ich pyski były coraz bliżej pulsujących krwią żył na mojej szyi.
Mogłam krzyczeć, lecz nie krzyczałam. Mogłam walczyć, mogłam je przepędzić, lecz tego nie zrobiłam. Po prostu leżałam, wpatrzona w intrygujące oczy tych stworzeń. Nie byłam w stanie zrobić choćby najmniejszego ruchu, pozwalałam, by robiły to, co robią.
Coraz więcej agresji.
Coraz więcej bólu.
Coraz więcej strachu.
A później przyjdzie spokój.
Myślałam tylko o jednym. Z całych sił, wytężając swój umysł, próbowałam przypomnieć sobie, jakie to uczucie, gdy jest ciepło.
Potem wilki jeszcze bardziej zacieśniły krąg. Podeszły zbyt blisko. Dusiłam się nie mogłam złapać oddechu. Coś zdawało się trzepotać i wyrywać z mojej piersi.
Nie było światła nie było słońca. Umierałam. Nie byłam w stanie przywołać do siebie obrazu błękitnego nieba.
Lecz nie umarłam. Dryfowałam, zagubiona w morzu zimna, by powrócić nagle do świata, odrodzić się w świecie ciepła.
Powstać w innym ciele.
Stałam się wilkiem, zdolnym do niemożliwych rzeczy. Zmienił się odbiór świata, moje postrzeganie go. Byłem silniejsza, zwinniejsza.
Już nie byłam sobą.
To mój początek, początek końca.
Nie wiem, co będzie dalej.
***
Ze snu wyrwał mnie nocny skowyt wilków. Znów miałam ten sen. Sen z mojej przeszłości. Nie znam jeszcze całej, ale fragmenty już znam. Wyruszyłam na polowanie. Moją ofiarą okazał się mały zając. To lepsze niż nic. Ruszyłam, by znaleźć miejsce w którym osiądę na dłuższy czas. Wyczułam woń wilka. Pobiegłam w jego stronę. Dopiero 10 kroków przed nim instynkt podpowiedział mi, bym uważała. Powoli podeszłam do wilka.
- Cześć - powiedziałam
Oddechy drapieżników przybierały zmatowiałe kształty, które natychmiast zawisały w mroźnym powietrzu. Zapach ich sierści, piżmowy i ziemisty, przywodził mi na myśl mokrego psa i woń palonych liści; był zarazem przyjemny i przerażający.
Z każdą chwilą ich pyski były coraz bliżej pulsujących krwią żył na mojej szyi.
Mogłam krzyczeć, lecz nie krzyczałam. Mogłam walczyć, mogłam je przepędzić, lecz tego nie zrobiłam. Po prostu leżałam, wpatrzona w intrygujące oczy tych stworzeń. Nie byłam w stanie zrobić choćby najmniejszego ruchu, pozwalałam, by robiły to, co robią.
Coraz więcej agresji.
Coraz więcej bólu.
Coraz więcej strachu.
A później przyjdzie spokój.
Myślałam tylko o jednym. Z całych sił, wytężając swój umysł, próbowałam przypomnieć sobie, jakie to uczucie, gdy jest ciepło.
Potem wilki jeszcze bardziej zacieśniły krąg. Podeszły zbyt blisko. Dusiłam się nie mogłam złapać oddechu. Coś zdawało się trzepotać i wyrywać z mojej piersi.
Nie było światła nie było słońca. Umierałam. Nie byłam w stanie przywołać do siebie obrazu błękitnego nieba.
Lecz nie umarłam. Dryfowałam, zagubiona w morzu zimna, by powrócić nagle do świata, odrodzić się w świecie ciepła.
Powstać w innym ciele.
Stałam się wilkiem, zdolnym do niemożliwych rzeczy. Zmienił się odbiór świata, moje postrzeganie go. Byłem silniejsza, zwinniejsza.
Już nie byłam sobą.
To mój początek, początek końca.
Nie wiem, co będzie dalej.
***
Ze snu wyrwał mnie nocny skowyt wilków. Znów miałam ten sen. Sen z mojej przeszłości. Nie znam jeszcze całej, ale fragmenty już znam. Wyruszyłam na polowanie. Moją ofiarą okazał się mały zając. To lepsze niż nic. Ruszyłam, by znaleźć miejsce w którym osiądę na dłuższy czas. Wyczułam woń wilka. Pobiegłam w jego stronę. Dopiero 10 kroków przed nim instynkt podpowiedział mi, bym uważała. Powoli podeszłam do wilka.
- Cześć - powiedziałam
środa, 4 marca 2015
poniedziałek, 2 marca 2015
Od Raven cd. histori Powerlesa
Powoli przyzwyczajałam się do życia w watasze. W prawdzie robota medyka była dość małostkowa. Same zatrucia czy poparzenia słońcem lub trującym bluszczem. Po codziennym obchodzie łąki i uczeniu się jej dźwięków usłyszała inny. Brzmiał jak słaby, właściwie nie mogłam go określić, ale brzmiał dość ciekawie, nowy kształt. Nowa postać. Jedna jakoś całkiem znajomy. Ruszyłam przed siebie. Rozpędziłam się i przeskoczyłam dwu metrowy wodospad, lądując z pluskiem w wodzie płynącej na północ. Wciągnęłam powietrze. Pobiegłam w kierunku z którego dochodził ten dźwięk. "Ujrzałam" tam zbroczonego krwią wilka. Był nie przytomny.
-No nieźle cię ten niedźwiedź poturbował...-mruknęłam. -Chodź.
Powiedziałam. Zabrałam go ze sobą do jaskini. Mojej własnej, gdyż inna była mówiąc w skrócie pełna wymiotujących lub poparzonych wilków, które mimo to miały dziwnie dużo energii. Ułożyłam go na porządnie wymoszczonym legowisku. Zajęłam się jego ranami, z których sączyła się czarna krew. Spokojnie acz stanowczo opatrzyłam go. Pozwoliłam mu spać. Wyszłam na moment z jaskini, a gdy wróciłam zobaczyłam, że się podnosi. Jednak po chwili upadł.
-Odpoczywaj. Proszę. Ten niedźwiedź... Mógł cię zabić wiesz?-spytałam. Oczywiście wiedział. -Dobrze. Odłóżmy pytania na później. Najpierw... Pewnie jesteś spragniony?
Powiedziałam podchodząc do wnęki w skale, przysłoniętej zieloną, wysuszoną trzciną. Wyciągnęłam z niej miskę z wodą. Podsunęłam basiorowi.
-Pij powoli bo się zakrztusisz. A jak już zaspokoisz pragnienie, przyniosę ci coś do jedzenia.-rzekłam całkiem spokojnie. Robiłam wszystko z jak największą uwagą, aby ukryć moją ślepotę. Mimo, że potknęłam się o widoczny kamień. Skwitowałam to śmiechem .
-Niezdara ze mnie. Dalej pij.-powiedziałam-Nie zatruta.
Basior pochylił się nad miską.
-No nieźle cię ten niedźwiedź poturbował...-mruknęłam. -Chodź.
Powiedziałam. Zabrałam go ze sobą do jaskini. Mojej własnej, gdyż inna była mówiąc w skrócie pełna wymiotujących lub poparzonych wilków, które mimo to miały dziwnie dużo energii. Ułożyłam go na porządnie wymoszczonym legowisku. Zajęłam się jego ranami, z których sączyła się czarna krew. Spokojnie acz stanowczo opatrzyłam go. Pozwoliłam mu spać. Wyszłam na moment z jaskini, a gdy wróciłam zobaczyłam, że się podnosi. Jednak po chwili upadł.
-Odpoczywaj. Proszę. Ten niedźwiedź... Mógł cię zabić wiesz?-spytałam. Oczywiście wiedział. -Dobrze. Odłóżmy pytania na później. Najpierw... Pewnie jesteś spragniony?
Powiedziałam podchodząc do wnęki w skale, przysłoniętej zieloną, wysuszoną trzciną. Wyciągnęłam z niej miskę z wodą. Podsunęłam basiorowi.
-Pij powoli bo się zakrztusisz. A jak już zaspokoisz pragnienie, przyniosę ci coś do jedzenia.-rzekłam całkiem spokojnie. Robiłam wszystko z jak największą uwagą, aby ukryć moją ślepotę. Mimo, że potknęłam się o widoczny kamień. Skwitowałam to śmiechem .
-Niezdara ze mnie. Dalej pij.-powiedziałam-Nie zatruta.
Basior pochylił się nad miską.
Od Powerlessa do... kontynułuje Raven
Od samego początku byłem wyrzutkiem. Z każdej watahy mnie przepędzano tylko z powodu nietypowego wyglądu. Błąkałem się po świecie w samotności. Samotności której miałem już serdecznie dość. W końcu ujawnił mi się biały jeleń. Mówił że mam iść cały czas na zachód, a kiedyś znajdę swoje miejsce. Posłuchałem jego rady i poszedłem tam gdzie mi kazał.
Od dłuższego czasu czułem się obserwowany. Wkrótce potem dało się usłyszeć chrzęst łamanych gałęzi. Nie stety to co za mną szło...szło cały czas pod wiatr więc nie mogłem wyczuć czym było to coś. Po jakimś czasie stanąłem z tym czymś twarzą w twarz, a tym czymś był wyjątkowo duży niedźwiedź. Nie miałem szans w starciu z nim. Samej walki nie pamiętam. Wiem tylko tyle że leżałem na ziemi cały we krwi. Nie miałem siły się ruszyć. Co chwila mijały mnie jakieś wilki, lecz żaden nie przejął się moim losem. Leżałem tam parę dni. Doskwierał mi głód i pragnienie. Całkowicie już straciłem nadzieję i pogodziłem się ze śmiercią. W końcu straciłem przytomność.
Obudziłem się w jakiejś jaskini. Moje rany były opatrzone. Rozejrzałem się dookoła i nie zobaczyłem żadnych śladów życia. Podniosłem się chwiejnie, lecz z powrotem runąłem na ziemię. Nagle do jaskini wszedł jakiś wilk
Od dłuższego czasu czułem się obserwowany. Wkrótce potem dało się usłyszeć chrzęst łamanych gałęzi. Nie stety to co za mną szło...szło cały czas pod wiatr więc nie mogłem wyczuć czym było to coś. Po jakimś czasie stanąłem z tym czymś twarzą w twarz, a tym czymś był wyjątkowo duży niedźwiedź. Nie miałem szans w starciu z nim. Samej walki nie pamiętam. Wiem tylko tyle że leżałem na ziemi cały we krwi. Nie miałem siły się ruszyć. Co chwila mijały mnie jakieś wilki, lecz żaden nie przejął się moim losem. Leżałem tam parę dni. Doskwierał mi głód i pragnienie. Całkowicie już straciłem nadzieję i pogodziłem się ze śmiercią. W końcu straciłem przytomność.
Obudziłem się w jakiejś jaskini. Moje rany były opatrzone. Rozejrzałem się dookoła i nie zobaczyłem żadnych śladów życia. Podniosłem się chwiejnie, lecz z powrotem runąłem na ziemię. Nagle do jaskini wszedł jakiś wilk
Od Lukio cd.Historii Rillanne i Maresa
Łąka wydawała się pusta. Noe było słychać nikogo, ani niczego. Słońce raziło, ale waderze to nie przeszkadzało. Usiadła na gorącej ziemi, i zaczęła obserwować kamień. Szary, okrągły kamień. Z tego co zauważyła, był większy od tego który oglądała pięć minut temu, i mniejszy, od tego z dziesięciu minut temu. Był lekko zadrapany na boku. Wadera polizała go czule, i szepnęła, żeby się nie martwił. Kamień nie odpowiedział.
Wtem wadera podniosła się z ziemi. Usłyszała kroki kamieni. Nie, inaczej... no tak, wilków. Było słychać ich rozmowę, ale z dziwacznej pozycji Lukio nie było łatwo zrozumieć ich słów. Wilczyca podkradła się do nich i szła chwilę za nimi po czym wskoczyła na ogon niebieskiej wadery.
Wilczyca podskoczyła i wydarła się donośnie.
- Jestem Lukio. - przedstawiłam się. - Mam pytanie. Czy skoro drzewo jest drewniane, i gałęzie, które są z drzewa, i są drewniane, to kartki papieru, które są z drzew też są drewniane? - popatrzyłam tym razem na ładnego samca. Nie był dużo starszy ode mnie - tak mi się wydawało. Wadera była chyba mniej więcej w podobnym do mnie wieku. Przekręciłam pytająco głowę spoglądając na parę wilków.
Wtem wadera podniosła się z ziemi. Usłyszała kroki kamieni. Nie, inaczej... no tak, wilków. Było słychać ich rozmowę, ale z dziwacznej pozycji Lukio nie było łatwo zrozumieć ich słów. Wilczyca podkradła się do nich i szła chwilę za nimi po czym wskoczyła na ogon niebieskiej wadery.
Wilczyca podskoczyła i wydarła się donośnie.
- Jestem Lukio. - przedstawiłam się. - Mam pytanie. Czy skoro drzewo jest drewniane, i gałęzie, które są z drzewa, i są drewniane, to kartki papieru, które są z drzew też są drewniane? - popatrzyłam tym razem na ładnego samca. Nie był dużo starszy ode mnie - tak mi się wydawało. Wadera była chyba mniej więcej w podobnym do mnie wieku. Przekręciłam pytająco głowę spoglądając na parę wilków.
niedziela, 1 marca 2015
Od Rillianne od Maresa
-Po pierwsze -powiedziałam- Nie wolno Ci zdradzić watahy. Po drugie każdy członek ma oddać w razie niebezpieczeństwa za innego życie -kontynuowałam
-Po trzecie, czwarte,piąte, dziesiąte - zażartował sobie.- Nie możemy tego pominąć
Zignorowałam uwagę basiora, posyłając jednocześnie lodowate spojrzenie. Kontynuowałam:
-Po trzecie jesteśmy jednością. Żaden z nad nie może zabić innego członka. I ostatnia zasada. Masz chronić wszystkich tajemnic watahy nawet za cenę śmierci.- Przymknęłam oczy i przywołałam kulę energii - jedną ze świętości watahy. - A teraz Maresie przysięgnij, że będziesz przestrzegać tych zasad. Za złamanie ich zostaniesz ukarany. Przyłóż do niej łapę i przysięgnij.
- Okej?- powiedział i przyłożył łapę - Przysięgam, że ten tego będę przestrzegać zasad i tak dalej..
Kula zalśniła i zniknęła. Basior patrzył się w miejsce w którym przed chwilą była.
- I co? -zapytał -To wszystko?
-Tak. To wszystko. Mam nadzieję, że będziesz czuł się tu dobrze- powiedziałam zwykłym, spokojnym głosem. Zauważyłam, że obszar zamrożony pod łapami się powiększa. - Wyjdźmy na zewnątrz, inaczej zamrożę Ci całe mieszkanie. Jak sądzę nie chciałbyś tego
-No raczej nie -odparł- No dobrze to wyjdźmy.
Wyjście poszło mi o wiele lepiej niż wejście. Rozejrzałam się wokoło. Było koło południa sądząc po pozycji słońca.
-Tereny naszej watahy są bardzo rozległe. Mamy tereny górskie, leśne, Dużo jezior i dostęp do oceanu, więc zwiedzenie ich w jeden dzień odpada potrzeba na do dwóch czy trzech dni.
-Rozumiem. Góry? To brzmi interesująco...Gdzie się znajdują?-zapytał
-Na południu i odrobinę na zachód...-odparłam
-A daleko są?
-Nie. Dwie-trzy godziny drogi stąd. Tak mniej więcej. Zależy w jakim tempie się idzie, a co?
-Chodzimy w nie! -powiedział z uśmiechem
-No dobrze
I ruszyliśmy niezbyt szybkim krokiem w kierunku gór. Czasem Maress spoglądał na mnie, a raczej na moje łapy, które zamrażały to co dotknęły.
Etykiety
pod stronami są etykiety
klikając na daną widzicie wszystkie opo od danego wilka
Pomoże to gdy będzie dużo wilków jak i dużo opowiadań a niekoniecznie dużo wilków
Mam do Was prośbę również
polećcie watahę wśród znajomych i nie tylko!
klikając na daną widzicie wszystkie opo od danego wilka
Pomoże to gdy będzie dużo wilków jak i dużo opowiadań a niekoniecznie dużo wilków
Mam do Was prośbę również
polećcie watahę wśród znajomych i nie tylko!
Od Maresa do Rillianne
Na tych terenach byłem od około pięciu dni. Nie brakowało tu jedzenia ani picia. Powietrze było świeże, a las spokojny. Jednak tę krainę mlekiem i modem płynącą z kimś dzieliłem. raz czy dwa przyczajony w gęstwinie zauważyłem z jednego czy dwoje wilków. Nigdy do nich nie podszedłem - kto wie jakie mają zamiary i czy mnie zaatakują. Jedno było pewne - nie byłem tu sam.
Osiedliłem się w gigantycznym drzewie, w którym znajdowała się wielka dziupla. Nie jest wysoko, ale jeśli się nie umie, dostanie się tam jest ciężkie. Rozstawiłem tam wszystko co mam, czyli: butelki z puste i z paroma wywarami, małe skrzyneczki z ziołami, parę drewnianych misek, jedną średniej wielkości kamienną misę oraz skórzaną torbę. Mam smykałkę do różnego rodzaju leków.
Przygotowywałem wywar na różnego rodzaju przeziębienia. Do kamiennej misy kolejno wrzucałem zioła i rozcierałem je znalezionym w lesie kamieniem. Zapach roznosił się po całej dziupli. Uwielbiam to robić - dzięki temu mogę zachować spokój. Zamierzałem właśnie wziąć misę na dół i zrobić pod drzewem ognisko. Nie wiem czy inne wilki to umieją - właściwie rozniecenie ognia nie jest niczym trudnym. Stanąłem przed wyjściem i spojrzałem w dół. Pod drzewem stała wadera o jasno-niebieskiej sierści. Pod jej łapami było trochę lodu. Położyłem misę obok mnie i zapytałem:
- Co Cię tu sprowadza? Słucham.
- Witaj wilku, zawitałeś właśnie na teren mojej watahy - powiedziała dając wyraźną odpowiedź na pytanie.
- Watahy? Spodziewałem się, że do tego dojdzie. Widziałem w okolicy parę wilków. Zapraszam do środka - uśmiechnąłem się.
Pomogłem waderze wejść do dziupli. Nie było łatwo - wilk swoje waży.
- Ładnie tu się urządziłeś - stwierdziła - Mniejsza o to. Moje imię brzmi Rillianne. Ciebie wybrał jeden z patronów watahy. Podejmując decyzję dołączenia i przekraczając granicę jednocześnie zaakceptowałeś pewne zasady - wadera kontynuowała zupełnie bez uczuć.
- I co teraz? Będziesz mi tu teraz formułkę klepała? - prychnąłem z uśmiechem.
Nie jest to w moim stylu, ale ciężko jest się nie uśmiechnąć gdy ktoś zaczyna znajomość w taki sposób. Wadera miała już coś odpowiedzieć, ale przerwałem.
- I jaka decyzja dołączenia? Gdy tu trafiłem nawet nie przypuszczałem, że w okolicy jest wataha. Ale jak Ci tak zależy to dołączę, z wielką chęcią - zapewniłem ją z udawaną litością.
Wadera była cicho, nic nie odpowiadała. Chyba analizowała przyszłą wypowiedź. Właściwie nie chciałem jej w żaden sposób urazić. Zwyczajnie chciałem dać jej do zrozumienia, że nie lubię powtarzanych formułek.
- W takim razie, witaj w naszych skromnych progach, ale najpierw musisz się zapoznać z paroma zasadami.
Osiedliłem się w gigantycznym drzewie, w którym znajdowała się wielka dziupla. Nie jest wysoko, ale jeśli się nie umie, dostanie się tam jest ciężkie. Rozstawiłem tam wszystko co mam, czyli: butelki z puste i z paroma wywarami, małe skrzyneczki z ziołami, parę drewnianych misek, jedną średniej wielkości kamienną misę oraz skórzaną torbę. Mam smykałkę do różnego rodzaju leków.
Przygotowywałem wywar na różnego rodzaju przeziębienia. Do kamiennej misy kolejno wrzucałem zioła i rozcierałem je znalezionym w lesie kamieniem. Zapach roznosił się po całej dziupli. Uwielbiam to robić - dzięki temu mogę zachować spokój. Zamierzałem właśnie wziąć misę na dół i zrobić pod drzewem ognisko. Nie wiem czy inne wilki to umieją - właściwie rozniecenie ognia nie jest niczym trudnym. Stanąłem przed wyjściem i spojrzałem w dół. Pod drzewem stała wadera o jasno-niebieskiej sierści. Pod jej łapami było trochę lodu. Położyłem misę obok mnie i zapytałem:
- Co Cię tu sprowadza? Słucham.
- Witaj wilku, zawitałeś właśnie na teren mojej watahy - powiedziała dając wyraźną odpowiedź na pytanie.
- Watahy? Spodziewałem się, że do tego dojdzie. Widziałem w okolicy parę wilków. Zapraszam do środka - uśmiechnąłem się.
Pomogłem waderze wejść do dziupli. Nie było łatwo - wilk swoje waży.
- Ładnie tu się urządziłeś - stwierdziła - Mniejsza o to. Moje imię brzmi Rillianne. Ciebie wybrał jeden z patronów watahy. Podejmując decyzję dołączenia i przekraczając granicę jednocześnie zaakceptowałeś pewne zasady - wadera kontynuowała zupełnie bez uczuć.
- I co teraz? Będziesz mi tu teraz formułkę klepała? - prychnąłem z uśmiechem.
Nie jest to w moim stylu, ale ciężko jest się nie uśmiechnąć gdy ktoś zaczyna znajomość w taki sposób. Wadera miała już coś odpowiedzieć, ale przerwałem.
- I jaka decyzja dołączenia? Gdy tu trafiłem nawet nie przypuszczałem, że w okolicy jest wataha. Ale jak Ci tak zależy to dołączę, z wielką chęcią - zapewniłem ją z udawaną litością.
Wadera była cicho, nic nie odpowiadała. Chyba analizowała przyszłą wypowiedź. Właściwie nie chciałem jej w żaden sposób urazić. Zwyczajnie chciałem dać jej do zrozumienia, że nie lubię powtarzanych formułek.
- W takim razie, witaj w naszych skromnych progach, ale najpierw musisz się zapoznać z paroma zasadami.
Od Rillianne do Chikyu
Szłam po przez teren watahy. Byłam jej alfą.Ustaliłam prawa, przyzwolenia i obowiązki. Moja rola nie była łatwa. Zresztą teraz miałam zapoznać się ze wszystkimi wilkami, które wybrali bogowie na godnych członków tej krainy. Najpierw ruszyłam do jednego z wybranków Blouveezsa. Bóg ten miał swoje humory więc chciałam wiedzieć "na jakim gruncie stoję". Szłam przez las do granic gdzie wilk rzekomo przebywał. Jako alfy był to mój obowiązek. Nie traktowałam jednak to jak przymus. ziemia pod moimi łapami zamarzała jednak gdy została uwolniona z chłodu klątwy w ciągu paru minut odmarzała. Tak było zawsze odkąd pamiętałam. Zdążyłam się do tego przyzwyczaić. Nie umiałam wydusić z siebie emocji, ponieważ to trochę potęgowało moc i obszar zamrożony. Przemierzałam więc dolinę niewzruszona. Pomimo iż wokół kwitło życie gdy ja przechodziłam zdawało się na chwilę zamierać. Droga do krańca watahy zajęła mi pół dnia. Słońce chyliło się ku zachodowi. Weszłam na niewielka polanę na której był basior. Był on biały i miał wiele ogonów w dodatku miał coś w rodzaju bandaży na łapach i chustę na szyi. Podeszłam do niego przyglądając się mu coraz lepiej. Ten zerwał się i przyjął postawę prawie bojową. Odezwałam się do niego spokojnym, chłodnym głosem.
-Witaj wilku, zawitałeś właśnie na teren mojej watahy. Chciałam Cię powitać...-mówiłam gdy wilk mi przerwał
-Kim jesteś? To twoja wataha?-zapytał podejrzliwie.
- Moje imię brzmi Rillianne. Ciebie wybrał jeden z patronów watahy. Podejmując decyzję dołączenia i przekraczając granicę jednocześnie zaakceptowałeś pewne zasady-kontynuowałam nie modulując głosu.
-Jakie? Mam nadzieję, że nic idiotycznego.
-Nie martw się. Pierwszą zasadą jest to że nie zdradzamy watahy, drugą - Każdy członek za innego ma oddać życie w razie niebezpieczeństwa choćby go nienawidził. Trzecia - jesteśmy jednością, żadne z nas nie może zabić innego. Ostatnia będziesz chronić tajemnic watahy, będziesz jej strzec aż do śmierci. Przysięgnij! -powiedziałam. Użyłam mocy i przed nami wyrosło coś na kształt stalagmitu zakończonego kulą energii o zmiennych kolorach.- Przyłóż łapę i przysięgnij -powtórzyłam patrząc na basiora
-Witaj wilku, zawitałeś właśnie na teren mojej watahy. Chciałam Cię powitać...-mówiłam gdy wilk mi przerwał
-Kim jesteś? To twoja wataha?-zapytał podejrzliwie.
- Moje imię brzmi Rillianne. Ciebie wybrał jeden z patronów watahy. Podejmując decyzję dołączenia i przekraczając granicę jednocześnie zaakceptowałeś pewne zasady-kontynuowałam nie modulując głosu.
-Jakie? Mam nadzieję, że nic idiotycznego.
-Nie martw się. Pierwszą zasadą jest to że nie zdradzamy watahy, drugą - Każdy członek za innego ma oddać życie w razie niebezpieczeństwa choćby go nienawidził. Trzecia - jesteśmy jednością, żadne z nas nie może zabić innego. Ostatnia będziesz chronić tajemnic watahy, będziesz jej strzec aż do śmierci. Przysięgnij! -powiedziałam. Użyłam mocy i przed nami wyrosło coś na kształt stalagmitu zakończonego kulą energii o zmiennych kolorach.- Przyłóż łapę i przysięgnij -powtórzyłam patrząc na basiora
Opowiadania
Sześć wilków spotkało się i stworzyło watahę:
Rillianne
Maress
Lukio
Samuel
Chikyo
i Raven
Razem przeżyją pełno wspaniałych chwil
Do watahy dołączy pełno innych wilków. Razem stworzą jedną, wielką rodzinę
Opowiadania pisać czas zacząć
Od jutra liczą się dni "niepisania"
Kilka zasad do opowiadań:
Jak najmniej przekleństw i wulgaryzmów
Nie podejmować ważnych decyzji za inne wilki
Nie zabijać innych wilków bez ich zgody
Postępować zgodnie ze stworzonym charakterem wilka
Tytuł opowiadań/wiadomości jest taki (szablon tytułu)
Gdy pierwszy piszesz ty
Od imię twojego wilka do....
Od imię twojego wilka do innego wilka
Gdy odpisujesz
Od imię twojego wilka cd. Historii imię wilka który do ciebie pisał
Subskrybuj:
Posty (Atom)
